modna-fotografia-natychmiastowa

Tak naprawdę nie mam prawdziwego, oldschoolowego Polaroida, a jedynie jego nowoczesną wersję, a więc Instaxa, który zamiast kwadratowych zdjęć, drukuje prostokątne odbitki wielkości karty płatniczej. Nie zmienia to faktu, że żadne zdjęcia wykonane telefonem ani lustrzanką nie dają mi tyle satysfakcji z oglądania, co malutkie, często prześwietlone „instaxy”. Zamrożone w nich chwile są naprawdę wyjątkowe – każdy przed obiektywem wie, że jest tylko jedna szansa na dobre ujęcie. Tylko nie zmarnuj kliszy!

Pierwszy aparat

Kiedy kupiłam swój pierwszy aparat cyfrowy Cannona, byłam przeszczęśliwa. Długo na niego zbierałam i tata kupił mi za moje oszczędności to, co było w tym przedziale cenowym najlepsze. Dzień później jechałam na wycieczkę klasową do Torunia i z dumą nosiłam na szyi mój skarb. Nie wisiał on na niej bynajmniej bezczynnie, bo robiłam średnio sto zdjęć na minutę i w jeden dzień zapełniłam wszystkie karty pamięci, jakie miałam przy sobie.

W końcu – polaroid

Kolejnym spełnionym fotograficznym marzeniem był Instax mini 7. Dzięki wszechobecnej modzie kilka lat temu jako prezent po napisaniu matury kupiłam współczesną wersję Polaroida, a więc Instaxa japońskiej firmy Fujifilm, która króluje obecnie na rynku fotografii analogowej. Nie jest to dla mnie jednak modny dodatek do stroju. Oglądając amerykańskie filmy i seriale z lat 90tych, jak choćby Przyjaciele, z zazdrością patrzyłam na kwadratowe zdjęcia, zdobiące ich lodówki. Marzyłam, że kiedyś też sobie kupię taki drukujący od razu aparat. Kiedy na wystawie w sklepie fotograficznym zobaczyłam, że mogę mieć coś podobnego do Polaroida, zebrałam skromne oszczędności i kupiłam aparat wraz z kosztownymi kliszami. Trwały moje najdłuższe pomaturalne wakacje, a ja miałam 20 mini-zdjęć na uwiecznienie ich.

Fotografia w codziennym życiu

Teraz myślę, że moja fotograficzna obsesja niczym u Japońskiego turysty z biegiem czasu przerodziła się w bardziej świadome uwiecznianie chwil. Obecnie podróżując, z chęcią sięgam po podręczny telefon, żeby uchwycić nieprzeciętną architekturę, przypadkowo poznaną kawiarnię czy osoby, jakie mi towarzyszą w podróży. Wiem jednak, że nie ma sensu pstrykać tysięcy zdjęć. I tak potem nigdy nie mam ochoty do nich zajrzeć albo męczę się wyrzucając 80 procent z nich. Taki polaroid natomiast to kwintesencja wyjątkowych momentów. Z reguły zabieram ze sobą Instaxa, kiedy jadę w nieznane, a zdjęcia z niego to moje „namacalne” pamiątki z podróży. Żadne cyfrowe zdjęcie na ekranie nie wywołuje we mnie takich emocji, jak ten mały niedoskonały wydruk. Najpiękniejsze w robieniu polaroidów jest oczekiwanie, aż zdjęcie się wywoła. A potem te okrzyki zachwytu, gdy wszyscy pochylają się nad nim, by je od razu obejrzeć…

A Wy, też lubicie polaroidy? Co o nich uważacie? Podobają Wam się takie zdjęcia?