la-rambla-palmy

Kiedy planowałam podróż do Barcelony, wiedziałam na pewno, że chcę zobaczyć dzieła Gaudiego. Wyobrażałam sobie mniej więcej, jak wygląda Sagrada Familia i chciałam również wybrać się na słynną plażę – Barcelonetę. Jako entuzjastka Włoch nie miałam zbyt wielkich oczekiwań co do tego katalońskiego miasta (Czy cokolwiek jest w stanie konkurować z Rzymem?), jednak jego piękno i klimat oczarowały mnie od pierwszej chwili.

 

Lotnisko

Gdy wysiedliśmy z samolotu, znaleźliśmy się na Terminalu 1 lotniska El Prat. Znajduje się ono około 20 km od centrum Barcelony. Spodobało mi się to, że jest całe przeszklone i można zachwycać się nadmorskim krajobrazem Hiszpanii z zielonymi piniami. Sam lot był bajeczny – bardzo długo leci się nad Morzem Śródziemnym wzdłuż kilometrów plaż. To były najpiękniejsze widoki, jakie widziałam zza okna samolotu (chociaż włoskie Alpy w locie do Bergamo też były imponujące).

 

Tibidabo

Sama nazwa tego miejsca bawi mnie, nie wiem czemu. Brzmi jak dziecięca rymowanka i długo nie mogłam jej zapamiętać. Natomiast widoki z tego wzgórza są niesamowite. Atrakcje zaczynają się już w kolejce górskiej – Funicular del Tibidabo. Po wyjechaniu z tunelu oczom ukazuje się szeroka panorama całej Barcelony. W oddali widać wzgórze Montjuic z kopułą Muzeum Narodowego Sztuki Katalońskiej. Następnie czeka nas podróż minibusem po wijących się górskich drogach pod samą katedrę Sagrat Cor z Chrystusem niczym z Rio de Janeiro.

Stojąc na tarasie przed katedrą, nie da się nie zauważyć wielkiego kolorowego diabelskiego koła w Parc d’atraccions del Tibidabo. W tym parku rozrywki z widokami na całe miasto jest również karuzela do złudzenia przypominająca tę z paryskiego wzgórza Montmartre. Z resztą całe Tibidabo ma francuski klimat, łącznie z katedrą przypominającą Sacre Coeur w Paryżu.

widok-na-barcelone-za-darmo

Kiedy przyjechaliśmy tu po południu, prawie nikogo nie było, więc mogliśmy w spokoju nacieszyć się krajobrazem morza po lewej stronie i górami po prawej. Z racji intensywnego planu zwiedzania nie mieliśmy czasu, żeby przysiąść w restauracji u podnóża schodów katedry. Następnym razem na pewno usiądę tam na chwilę z filiżanką cafe, żeby chłonąć widoki i hiszpańskie słońce. Już pierwszego popołudnia spędzonego w Barcelonie zachwyciłam się tym miastem.

 

Gaudi i Sagrada Familia

Rankiem drugiego dnia mieliśmy zarezerwowaną wizytę w Sagradzie. Możliwość przyjrzenia się z bliska fasadzie Narodzenia Pańskiego jest warta zapłacenia za bilet. Mogłabym stać przed drzwiami do katedry i wpatrywać się we wszelkie detale, przemyślane do perfekcji przez genialnego Gaudiego. Symbolika tej budowli jest prawdopodobnie niemożliwa do pojęcia bez doskonałej znajomości Biblii i kultury katalońskiej. Kiedy przyglądałam się drzwiom wejściowym, na których kwitły mosiężne łąki kwiatów, mały chłopczyk sprawił, że zauważyłam zwierzątka ukryte w tej kwiatowej kompozycji. Były tam żabki, świerszcze i inne polne stworzenia. Chwilę później mój wzrok skierował się na kolumnę, która stała na olbrzymim żółwiu.

antonio-gaudi-barcelona

Kiedy weszłam do środka, nie potrafiłam opisać słowami mojego zachwytu. Żaden kościół do tej pory tak mnie nie oczarował. Wkrótce Sagradzie wybije setka od rozpoczęcia jej budowy, a mimo to katedra zaskakuje nowoczesnością. Wnętrze jest żywe od kolorów, które wpadają przez witraże. Warto przystanąć na moment i obejrzeć filmik, na którym widać, jak zmieniają się one podczas dnia. Kolumny wspierające sufit skojarzyły mi się z geometrycznymi palmami, których liście tworzą sklepienie. Piękno kościoła sprawiło, że się wzruszyłam – nie ma takiej drugiej budowli na świecie!

 

Casa Batllo i Casa Mila

W Barcelonie na każdym kroku można znaleźć dzieła Antonio Gaudiego. Należą do nich domy Casa Batllo i Mila. Znajdują się niedaleko siebie, można przespacerować się do nich elegancką aleją Passeig de Gracia. Casę Batllo widzieliśmy tylko z zewnątrz, kiedy na chwilę wysiedliśmy z metra znajdującego się tuż przy niej. Casa Mila powitała nas pierwszego dnia, kiedy wysiedliśmy na stacji metra Diagonal i szliśmy z bagażami do naszego apartamentu. Dwa dni później wybraliśmy się do niej na zwiedzanie, które również zaplanowaliśmy z wyprzedzeniem. W cenie biletu do Casy Mili był również przewodnik audio, co pomogło mi lepiej poznać historię la Pedrery, czyli kamieniołomu, jak nazywają ten budynek mieszkańcy Barcelony.

casa-mila-gaudi

Trudno w kilku słowach opisać, jakie wrażenie zrobiło na mnie same patio z drzwiami przypominającymi skrzydła motyla. Zwiedzanie zaczyna się od wejścia na dach Pedrery tuż po wjechaniu windą na ciemne poddasze. Wychodząc na zewnątrz, oślepiło mnie ostre światło odbijające się od rzeźb i labiryntu białych schodków. Dookoła widać było piękną Barcelonę i równe rzędy kamienic, znad których wystawały wieże Sagrady wraz z żurawiami z placu budowy wokół kościoła. Kiedyś w podręczniku do angielskiego w liceum zobaczyłam zdjęcie tego bajkowego miejsca i z żalem pomyślałam, że pewnie nigdy go nie zobaczę. Kilka lat później stałam tam, próbując uchwycić piękno abstrakcyjnych kształtów i falujących linii, które oczarowały mnie. Było to ostatnie ukończone dzieło Gaudiego, po nim zdążył jedynie zacząć budowę Sagrady. Casa Mila to wyraz artystycznego kunsztu architekta u szczytu perfekcji.

la-pedrera-gaudi

Na dachu spędziliśmy ponad godzinę, zwiedzając każdy jego zakątek. Potem obejrzeliśmy zabytkowy apartament w moim ulubionym secesyjnym stylu z plakatami a la Mucha. Spodobała mi się różowa łazienka z akcentami z marmuru oraz kryształowe żyrandole w stylowym salonie – wyobrażam sobie życie w tak szykownym miejscu! Jest to z resztą możliwe, ponieważ kamienica jest użytkowa i można zamieszkać w innych apartamentach.

 

Dzielnica Eixample

Nie wiem, co skłoniło mnie, aby tym razem nie mieszkać w hotelu, ale wynająć apartament w dzielnicy mieszkaniowej Eixample, ale był to świetny pomysł. Codziennie przez otwarte okna balkonowe z naszej kuchni słyszeliśmy, jak budzi się Barcelona. Z balkonu patrząc w prawo, widzieliśmy wzgórze Tibidabo, a w lewo aleję pięknych kamienic. Po wysłaniu zdjęcia znajomym, większość myślała, że to Paryż i sama przyznam, że miałam podobne skojarzenia. Zachwyciła mnie ta dzielnica i na każdym kroku zatrzymywałam się, żeby pozachwycać się przez chwilę idealnie symetrycznie zaplanowanymi rzędami ulic i kamienic. Na zdjęciach z lotu ptaka wyglądają jak rozłożone kawałeczki sushi.

barcelona-avinguda-muntaner

Polecam mieszkanie w apartamentach, które udało mi się znaleźć na stronie Booking.com. Portal nigdy do tej pory nie zawiódł mnie w kwestii rezerwacji pobytu. Po powrocie dostałam nawet link ze zniżką 60 zł dla znajomych. Wystarczy kliknąć na niego i zabukować pobyt, aby cieszyć się zwrotem po powrocie z wakacji. Zapraszam do skorzystania ze zniżki!

 

Tamara

Kolejnym plusem mieszkania w ładnej dzielnicy było to, że naprzeciw były dwa sklepy, a obok domu znajdowała się piekarnia pachnąca wypiekami od rana i knajpa z kuchnią katalońską odwiedzana przez Katalończyków. Wszystko, co jedliśmy w Tamarze, bardzo mi smakowało, a industrialne wnętrze przypadło mi do gustu. Udało nam się nawet zjeść na śniadanie churrosy maczane w czekoladzie. Jedyny problem był z zamawianiem, ale doświadczyliśmy tego w całej Barcelonie. W wielu nie turystycznych miejscach obsługa nie mówiła ani słowa po angielsku, a na hiszpański reagowali wręcz z wrogością. Nazywali go kastylijskim i udawali często, że go nie znają. Nikt z nas nie znał katalońskiego, ale łamanym hiszpańskim (czyli kastylijskim…) udawało nam się złożyć zamówienie. Czasem z niespodzianką, jak wtedy, gdy na śniadanie zaserwowano nam frytki z zapieczonym chlebem, na którym był smażony bekon i jajecznica… Do końca dnia nie byłam głodna!

hiszpanskie-sniadanie

Pasaż nadmorski

Porównując wybrzeże w polskich miastach z plażami w Barcelonie, różnica jest kolosalna. W Polsce jedynie w Mielnie mogłam spacerować po pasażu i usiąść w restauracji z widokiem na morze. Pasaż nadmorski w Barcelonie przypomina Los Angeles albo Miami z rzędami palm, restauracjami, hotelami i nowoczesnymi budynkami wzdłuż wybrzeża. Gdy świeci słońce, woda przy brzegu jest błękitna. Morze jest tak czyste, że kąpiąc się, widziałam własne stopy. Bardzo spodobało mi się spacerowanie wzdłuż plaży, dlatego zmieniliśmy plany i wróciliśmy po raz drugi ostatniego dnia. Usiedliśmy w jednej z restauracji El Pacifico, gdzie zamówiliśmy paelle z owocami morza. Siedząc na plaży trochę ciężko się odgonić od panów wciskających koce i drinki, które nosili ze sobą, co przeszkadza w spędzaniu czasu nad morzem. Wieczorem pojawiło się mnóstwo młodych osób, które grały w siatkówkę i słuchały muzyki, dzięki której rozpoczęła się moja przygoda z językiem hiszpańskim.

 

Mogłabym jeszcze wymieniać inne miejsca w Barcelonie, jakie skradły moje serce. Chociażby ławeczka w Parku Guell czy fontanna w Parku Ciutadela, ale post byłby nieskończenie długi. Byłam tam 5 dni, ale i tak nie udało mi się zobaczyć wszystkiego mimo intensywnego planu zwiedzania. Mimo to jestem zadowolona, bo widziałam wiele i udało mi się nieco poznać to nowoczesno-orientalne miasto tętniące życiem. Barcelona zainspirowała mnie i mam w głowie mnóstwo pomysłów, dlatego do zobaczenia (a raczej – do przeczytania) w kolejnym poście w następny poniedziałek!